Bucket shop
Bucket shop (dosłownie „sklep z wiadrami”) – miejsca, gdzie gracze niemogący pozwolić sobie na normalne konto u maklera mogli zawierać zakłady na zmiany cen akcji lub towarów, stawiając niewielkie środki własne i posiłkując się kredytem. Nie zawierano żadnych rzeczywistych transakcji na rynku akcji ani towarów, bo nie były to inwestycje, a zwykłe obstawianie zmian cen[1].
Termin bucket shop pochodzi z Anglii z początków 19 wieku. Uboga młodzież zachodziła do pubów z wiadrami i napełniała je resztkami piwa z beczek, a następnie spotykała się w opuszczonych lokalach, by pić, palić, zakładać się i używać życia. Z biegiem czasu zaczęto określać tak lokale, gdzie symulowano transakcje zbożem lub akcjami[2][1].
Wraz z potanieniem dostępu do drukujących telegrafów, takich lokali pojawiło się coraz więcej. Wynajmowały one od brokerów i firm telegraficznych linie telegraficzną, a często dwie, żeby zapewnić niezawodność działań. Te niby-biura, publikowały w gazetach reklamy i ogłaszenia, prawie na bieżąco powodowały notowania, dla niewprawnego oka bucket shopy przypominały biura maklerskie z Wall Street. Zasadnicza różnica polegała na tym, że makler działał na rzecz swojego klienta, biorąc prowizję od każdej transakcji, zaś bucket shop pozostawał ze swymi klientami w stosunkach antagonistycznych, ponieważ zarabiał na ich wydatkach. Właścicielami tych przedsięwzięć byli ludzie, których jeden z historyków giełdy nazwał „rekinami bilardu lub ewidentnymi szulerami, dla których nie ma miejsca ani w biznesie, ani w towarzystwie”[2][1].
Amerykańskie bucket shopy powstały w Nowym Jorku około 1877 roku, ale wraz z ekspansją sieci drukujących telegrafów prędko pojawiły się w mniejszych miejscowościach na Środkowym Zachodzie. Początkowo nie uznawano tego za zjawisko groźne. Mężczyźni, gdy ich tam widziano, byli mniej skrępowani niż przyłapani w pokerowej spelunce. bucket shopy odnosił największe sukcesy w małych rolniczych społecznościach, gdzie szybkość przekazywania wiadomości przez drukujące telegrafy wprowadzała emocje do nudnego, tradycyjnie spokojnego życia. Historyk giełdy Chicagowskiej Charles. H. Taylor napisał w 1917 roku, że uważano je z początku za rodzaj zdemokratyzowanej giełdy, „gdzie prości ludzie mogą sobie spekulować”[3][1].
W końcu domy maklerskie i giełdy podjęły kampanię mającą na celu wyplenienie bucket shopów, ponieważ obawiały się konkurencji i uważały, że zakłady te podkopują publiczne zaufanie do legalnych inwestycji. W 1889 roku „New York Times” szacował, że ich właściciele przyjmują zakłady na milion akcji dziennie, podczas gdy średnie dzienne obroty na Giełdzie Nowojorskiej szacowano wówczas na 140 000 akcji[4][1].
Rosło też publiczne niezadowolenie z podejrzanych praktyk bucket shopów. Niektórzy ich właściciele przechwalali się, że udało im się „wyczyścić miasto”, czyli pozbawić jego mieszkańców oszczędności, a potem zwinąć interes, by zacząć zabawę od nowa w sąsiedniej miejscowości[5][1].
Przypisy
- 1 2 3 4 5 6 Edwin Lefevre, Wspomnienia Gracza Giełdowego, Wydawnictwo Linia, 2011, s. 4–5, ISBN 978-83-63000-81-3.
- 1 2 Jhon Hill, Gold Bricks of Speculation, London Book Concern, 1904, s. 39.
- ↑ Charles T. Tayler, History of the Board of Trade of the City of Chicago, Robert O. Law Company, 1917, s. 585.
- ↑ All Tickers Ordered Out, „The New York Times”, 1889, s. 1.
- ↑ John Hill, Gold Bricks of Speculation, Londond Book Concern, 1904, s. 22.